W czasach hitlerowskich, wiele największych umysłów XX wieku próbowało zrozumieć psychologię tych tragicznych, przerażających wydarzeń. Chociaż sama w sobie, psychologia Hitlera również jest fascynująca, on sam nie jest przedmiotem tych rozważań.

W 1951 roku, jeden z najbardziej rozpoznawalnych filozofów i socjologów XX wieku, Teodor Adorno pisał o psychologii faszystowskiego tłumu jako przypominającej masową hipnozę. Jako iż jest w pewnym sensie zahipnotyzowany, nie wypracowuje on swoich przekonań na podstawie racjonalnych argumentów, dyskusji czy rozważań, lecz w rezultacie psychologicznej manipulacji zastosowanej przez lidera-hipnotyzera. Manipulator ten nie zrzesza wokół siebie owego tłumu na zasadzie pozytywnej wspólnej idei czy ideologii, ale posługuje się najprostszą psychologią ludzkich emocji – bazującej na strachu. Tak jak Hitler, użył Żydów aby zasiać swoją propagandę strachu w czasie Drugiej Wojny Światowej, tak teraz na całym świecie widzimy bardzo podobną retorykę w stosunku do uchodźców. Ludzie, którzy uciekają ze stref wojennych, w strachu o swoje życie, stają się w tej narracji terrorystami.

Najbardziej szokujące w tym wszystkim jest chyba to, że ponad 60 lat później, ta teoria nadal jest aktualna. W pewnym sensie, może nawet bardziej aktualna niż wtedy, biorąc pod uwagę historię wczesnego XX wieku. Jeszcze do niedawna, wydawało mi się, że takich lekcji historii nie da się ‘odwidzieć’ – że jako społeczeństwo nigdy ich nie zapomnimy, że nauczyliśmy się z nich, a tym samym nigdy ich nie powtórzymy. Byłam wtedy bardzo naiwna.

Dwadzieścia lat po Adorno, o tym samym problemie, również z perspektywy psychologicznej, lecz tym razem psychologii indywidualnej, pisał Zimbardo. Na podstawie wyników jego, słynnych już eksperymentów, nakręcono nawet film. Zimbardo również ciekawiła psychologia faszyzmu, a szczególnie aspekt osobowościowy, który umożliwia czy usprawiedliwia okrucieństwo ideologii nazistowskiej. W trakcie eksperymentu okazało się jednak, że nie ma czegoś takiego jak typ osobowości faszystowskiej – postawieni w odpowiednich warunkach, wszyscy studenci, którzy brali udział w badaniach Zimbardo, okazywali się zdolni do okrucieństw, wcielenia się zarówno w rolę oprawcy jak i ofiary…

W świetle tych badań, łatwiej jest zrozumieć psychologię faszyzmu, nacjonalizmu i nienawiści, a nawet wyrobić w sobie pewną dozę współczucia dla osób ogarniętych ową hipnozą, jeżeli uświadomimy sobie, że są one ofiarami paskudnej manipulacji. Współczucie rodzi empatię, chęć pomocy, zrozumienia. Jednak obawiam się, że psychologii i socjologii w Polskich szkołach brak… A tym samym, problem społeczny z którego obecna sytuacja w Polsce wypływa, pogłębia się. Nasi prawicowi politycy nie są przecież faszystami, przynajmniej nie w sensie hitlerowskim. A jednak, pobłażają, przymykają oko na to co się dzieje wokół nich – na znaczny wzrost mowy nienawiści w ostatnich latach, a także motywowanej nią przestępczości. Przy czym, obwiniają za wielką część problemów w Polsce resztę Europy, uchodźców, jak również ‘zdrajców’ ojczyzny, nie biorąc na siebie odpowiedzialności za to co się dzieje wokół nich. Można nawet powiedzieć, że tym samym napędzają język i psychologię nienawiści. Ponad pół wieku temu, Umberto Eco ostrzegał nas przed powrotem faszyzmu, w nowej formie. Czy politycy prawicy naprawdę tego nie widzą? Czy może nie uświadamiają sobie tego jaki wpływ mają ich słowa?

Myślę, że problem jest dużo głębszy. Bolesna i skomplikowana historia Polski częściowo tłumaczy tą problematykę. Obecne nacjonalistyczne zapędy w Polsce są między innymi wyrazem strachu – wobec długiej historii kraju pod obcą okupacją, która z czasem przybrała charakteru martyrologicznego, zacierającego stopniowo granice między historyczną prawdą, a mitologią narodu ‘wybranego’. Gdzieś w trakcie tego zacierania granic zagubiliśmy też swój język, i nie tylko po tej nacjonalistycznej, radykalnie prawicowej stronie.

Warto się w tym momencie zastanowić – co na to wszystko opozycja? Dlaczego, boimy nazwać się patriotami? Czyżbyśmy sami nieświadomie kupili już, w pewnym stopniu, język nienawiści? Za każdym razem kiedy chcemy użyć wobec siebie określenia ‘patriota/-ka’ czujemy, z jakiegoś powodu, że musimy to określenie w tym samym zdaniu usprawiedliwić. ‘Tak, jesteśmy patriotami, ale… i ludźmi którzy kochają swoją ojczyznę, nie podpisując się tym samym pod nienawistną retoryką.’ Czy to nie powinno być dla nas oczywiste? W którym momencie słowo patriotyzm nabrało dla nas tak negatywnego wydźwięku, że musimy usprawiedliwiać słownikowy fakt, że nie znaczy ono dla nas, że jesteśmy przeciwko wszystkiemu co nie z Polski? Należałoby w tym momencie sprostować, dla tych, którzy nie do końca wiedzą o czym mówię – patriotyzm to nie to samo co nacjonalizm. Koniec. Kropka. A jednak, sam fakt, że trzeba to tłumaczyć martwi…

Podobny paradoks obserwowałam w zeszłym roku wśród Polek, kiedy przyłączyłam się do dziewuchowej akcji Czarnego Protestu i Strajku Kobiet. ‘Jestem feministką’ zazwyczaj kończyło się dopiskiem ‘ale…’ – mającym za zadanie zaprzeczyć jakiemukolwiek domniemaniu, że jest się feministką stereotypową. Czy takie istnieją? Nie wiem. W mojej ‘karierze’ feministycznej jeszcze takiej nie spotkałam. Ale czy w domyśle takiego stwierdzenia tak na dobrą sprawę nie potwierdzamy starych, i nieprawdziwych przecież, stereotypów o feministkach, starając się im tak otwarcie zaprzeczyć? Te stereotypy siedzą w naszych głowach tak głęboko, że czujemy potrzebę aby im aktywnie zaprzeczać nawet kiedy nas nikt o to nie prosi… Dopiero po wypowiedzeniu ich na głos, zwykle, stwierdzamy, że jednak są one tak bezsensowne, że nawet ciężko powiedzieć jak one się w naszych głowach zagnieździły!

Dlatego o języku trzeba aktywnie myśleć i o nim rozmawiać, żeby go nie zatracić. Broniąc się przed faszyzmem, czasami nieświadomie ulegamy jego retoryce. A według, raczej znanej nam wszystkim, hipotezy język nie tylko odzwierciedla, ale i kształtuje naszą rzeczywistość.

C.d.n.