“Feminizm jest radykalnym konceptem, według którego kobiety to ludzie” powiedziała Marie Shear 30 lat temu. Jakkolwiek hasło to może wydawać się absurdalne, nie straciło na aktualności.

Masowa wyobraźnia nadal podpowiada obraz feministki jako brzydkiej i wściekłej kobiety, która się nie goli. Jeżeli jesteś heteroseksualną kobietą, która chodzi na randki i chętnie dyskutuje o swoich poglądach politycznych, prędko przekonasz się, że te stereotypy mają się dobrze i wierzy w nie wielu mężczyzn. Co bardziej szokujące – odkryjesz, że wiele kobiet również. Mogą nie mówić tego głośno, ale kiedy sondujesz, co myślą o feminizmie, w końcu przyznają, że podzielają ten osąd mniej lub bardziej otwarcie w zależności od tego, jak zostały wychowane.

Każdy i każda z nas w jakiś sposób kupuje tę antyfeministyczną propagandę. Na początku 2017 roku Emma Watson, która od kilku lat była dumną feministką, została oskarżona o wprowadzanie podwójnego standardu. Według oskarżycieli i oskarżycielek, jej feminizm okazał się niewystarczający, bo podczas sesji zdjęciowej odsłoniła za dużo ciała. Medialna wrzawa została szybko i elegancko ucięta przez Watson, która w jednym zdaniu wytłumaczyła, że w feminizmie chodzi o możliwość wyboru, a nie o wizerunek.

Osoby, które zaatakowały Emmę, z pewnością nie były dobrze zaznajomione z tym pojęciem, skoro orzekły, że albo może być feministką, albo piękną kobietą, świadomą swojego ciała. Według tej logiki, kobieta może zdecydować, czy cieszyć się intelektem i prawami człowieka albo ciałem – posiadanie wszystkich trzech elementów nie jest możliwe. Przykro mi, muszę obalić tę teorię – kobiety mają prawo mieć to wszystko. Takie przynajmniej jest założenie feminizmu.

Feminizm jest radykalnym konceptem, że kobiety to ludzie.

Marie Shear o feminiźmie

Jednakże przykład ten pokazuje, że stereotypy przypisane feminizmowi nie są tak łatwe do obalenia, w każdym razie nie na poziomie społecznym. Na drodze feministycznego rozwoju rozmawiałam z wieloma wykształconymi, niezależnymi kobietami, które osiągnęły sukces, przyznającymi, że wierzą w swoje prawa, ALE nie nazwą się feministkami. Prawda jest taka, że dostęp do studiów i możliwość kariery zawdzięczają one jednak sufrażystkom i bojowniczkom, które walczyły przed nimi. To „ale” stanowi jednak klucz do zrozumienia antyfeministycznych nastrojów współczesności. Termin „feminizm” miał dla nich różne znaczenia, ale zawsze kryły się za nim powszechnie znane stereotypy. „Feminizm” pozostaje brzydkim słowem w większości miejsc na świecie, a antyfeminizm ma się bardzo dobrze.

Antyfeminizm ma wiele twarzy. Może być subtelny, wyrastać z opatrznego zrozumienia tego terminu, co wiąże się z tym, że zwykle łatwo go podważyć i naprostować. Kiedy kobieta mówi: „nie jestem feministką, ale…” – przeważnie oznacza to: „wierzę w moje prawa jako prawa człowieka, ale nie chcę przestać się malować ani golić nóg”. Feministyczna odpowiedź na to zamyka się często w jednym zdaniu i brzmi tak: „feminizm polega na dawaniu kobietom wyboru, jeśli nie chcą robić makijażu, a nie na mówieniu, że mają tego nie robić”.

Cięższe przypadki dryfują w stronę nieskrywanej mizoginii. Mogą to być osoby, które postrzegają się jako obrońcy i obrończynie tradycyjnych wartości i „naturalnego” porządku społecznego, a także lubią łączyć powstanie ruchu kobiecego z tym, co określają jako upadek moralny społeczeństwa. Klasyczny przykład to: „feminizm zniszczył tradycyjny model rodziny i przyczynił się do zwiększenia liczby rozwodów”. Oczywiście, istnieje pewna korelacja pomiędzy wzrostem odsetka rozwodów w ostatnich dekadach, a ruchami kobiecymi na Zachodzie. Jednakże niemożliwym jest ustalenie prostej relacji przyczynowo-skutkowej, jeśli w tym samym czasie obserwujemy coraz częstszy rozpad małżeństw w wielu krajach, w których feminizm nie ma długiej historii. Po drugie, istnieje wiele czynników, które wpływają na statystyki. Nawet bez znajomości historii można racjonalnie założyć, że symultanicznie z rozwojem ruchów kobiecych wydarzyło się wiele innych rzeczy… Po trzecie, zwiększony dostęp do rozwodu może nie być taki straszny – jeśli jesteś kobietą, która ucieka z przemocowego związku i stara się ochronić siebie i dzieci od krzywdy! Niestety, konserwatyści nie wydają się być szczególnie wyczuleni na przemoc wobec kobiet. Dla nich feministki mogą być obwiniane za wszystkie choroby nowoczesnego społeczeństwa.

Może pocieszać fakt, że jeżeli spojrzymy na antyfeministyczne tendencje poprzez odniesienie się do innych kultur, okaże się, że bardziej wyważony spór ma miejsce w społeczeństwach, w których historia ruchu kobiecego jest dłuższa. Kiedy szukałam artykułów na temat antyfeminizmu po angielsku, znalezienie odpowiedniego wyjaśnienia tego pojęcia nie trwało długo. Na pierwszej stronie wyników wyszukiwania znajdowały się cztery artykuły uznanych mediów, które były napisane albo przez feministki albo przynajmniej podzielały nasze uczucia do takiego stopnia, że odnosiły się ze zrozumieniem do naszej konsternacji wywołanej przez antyfeministyczne argumenty. Później poszukałam tego samego określenia po polsku i musiałam wziąć kilka głębokich wdechów podczas czytania wyników. Wreszcie, na szóstej stronie dotarłam do czegoś, co nie było blogiem pisanym przez osobę o wyraźnym nastawieniem antyfeministycznym. Lecz nawet wtedy był to artykuł z kobiecego magazynu, a nie z mainstreamowych mediów. Na pięciu pierwszych polskich stronach w wynikach wyszukiwarki konsensus był taki: feministki mają chybione poglądy, chcą, żeby kobiety przestały być kobiece, a robią to dlatego, że same są brzydkie i nienormalne.

To, co pocieszyło mnie podczas tego małego eksperymentu, to fakt, że z czasem zmiany postaw społecznych wobec feminizmu są możliwe. Mimo pewnych sporów w obrębie zachodniego feminizmu obecnie, czytelny konsensus dowodzi prawdziwości myśli Marie Shear. Z powodu relatywnego braku feministycznej historii sytuacja w Polsce jest nieco bardziej ponura. Postęp, jakiego dokonały zachodnie feministki w swoich społeczeństwach, może nas jednak natchnąć nadzieją.