Antyfeminizm ma zwykle bardzo niewinne oblicze i przejawia się jedynie drobnym „ALE…” jak na przykład w stwierdzeniu: „nie jestem feministką, ale…”, „tak, walczę o swoje prawa, ale…” Jednak pod tą niepozorną powłoką kryje się zazwyczaj coś dużo bardziej niepokojącego. Przez lata, tak jak feminizm ewoluował, zmieniała się też natura backlashu, czyli tak zwanej reakcji na niego.

Używam tu terminu „backlash” świadomie, wiedząc o tym, że tłumaczenie go jest problematyczne i głowiły się nad nim już większe feministyczne umysły niż mój. Agnieszka Graff pisze o trudnym procesie tłumaczenia w swoim wstępie do polskiego przekładu książki Susan Faludi pod tym właśnie tytułem. W tłumaczeniu gubi się negatywny wydźwięk, jaki ma w języku angielskim termin „backlash”. Oznacza on negatywną reakcję na jakąś ideologię bądź ruch społeczny, w tym wypadku na feminizm.

Backlash jest już dość standardowym pojęciem przyjętym w ruchu feministycznym. Przechodził w swojej historii rożne metamorfozy, tak jak i feminizm – bo wkońcu jest reakcją na niego – ale często objawiał się atakiem wobec samych feministek i przyjmował (i nadal często przyjmuje) kuriozalne, można wręcz powiedzieć – komediowe – formy, jak dyskusje o tym czy kobiety mają już za dużo wolności i czy nie powoduje ona u nich przypadkiem depresji, o których w swojej książce szczegółowo pisze Faludi.

Niestety, niektóre tego typu żarty – choć zazwyczaj nieśmieszne – przemieniły się, dość trwale, w pamięć społeczną. I tak na przykład, palenie staników, które nigdy tak naprawdę nie miało miejsca, jest często rozpamiętywane jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli historii feministycznej!

Mocno tradycjonalistyczne pomysły, wprost sprzeciwiające się feministycznym ideom wywołują często zdumienie w dzisiejszych czasach. Nie tak dawno pewien polski polityk zadziwił społeczeństwo, wypowiadając się na temat gwałtów i popierając je jako sposób na rozwiązanie problemu niskiego przyrostu populacji… Wypowiadał się też za zakazem antykoncepcji – w odpowiedzi na to samo zagadnienie. Ludzie, i w tym nie tylko feministki, byli w szoku. Zapominając w tym samym czasie, że to właśnie dzięki wysiłkom feministek gwałt małżeński dopiero od dość niedawna jest czymś nielegalnym!

A jednak, mimo tych osiągnięć ruchu kobiet, które w dzisiejszych czasach przyjmujemy jako zwyczajną oczywistość, feminizm często nadal wydaje nam się pomysłem „zbyt daleko idącym”. No bo te feministki, przecież one nie golą nóg, nie malują się, i nie wyglądają w ogóle jak ‘prawdziwe’ kobiety… Te i inne stereotypy są niewątpliwie wyrazem społecznej akceptacji, często nieświadomej, backlashu antyfeministycznego.

Feministka, tak jak każda inna kobieta, może miewać nogi nieogolone bądź ogolone, zależnie od dnia, nastroju, okazji czy czasu. Różnica polega w zasadzie jedynie na tym, że jest świadoma swoich praw ludzkich – i między innymi tego, że nie ma obowiązku golić nóg, jeżeli nie ma na to czasu bądź ochoty – i walczy o nie aktywnie. Czasami goli przy tym nogi, a bywa i tak, że nie. Ale potrafi „wybaczyć” sobie, kiedy zdarzy jej się ich nie ogolić, bo w końcu ma na głowie ważniejsze sprawy, jak na przykład walka o swoje prawa!

Jednak naturą backlashu jest to, że często zasiewa w społeczeństwie ziarnka nieprawdy, które z czasem, jeżeli siane regularnie, na szeroką skalę i przez dłuższy okres, kiełkują głęboko zakorzenionymi w kulturze stereotypami. I tak na przykład, w latach 80-tych i 90-tych, jak pisze w swojej klasycznej już książce Faludi, backlash przejawiał się dyskusją w mediach o tym, czy przypadkiem feministki nie przesadziły z wymaganiami… Rzekomo – o czym dyskutowano nie tylko w mediach prawicowych, ale też na przykład kobiecych – feminizm poszedł za daleko, a kobiety miały już tyle wolności, że zaczynała ona powodować u nich nowe choroby…

Czyżby kobiety miały juz w latach 90-tych zeszłego wieku więcej praw niż mężczyźni, a ja nic o tym nie wiedziałam? Czyżby naprawdę kobiety były już tak wolne, że aż bolą je od nadmiaru wolności głowy? Ktoś z odrobiną wiedzy na temat feminizmu i społeczeństwa, czytając to mógłby pomyśleć, ze owi dziennikarze, o których tu mowa, żyją w jakimś alternatywnym świecie, w którym rządzą kobiety, nie ma przemocy seksualnej, małżeństwa wymuszane na małych dziewczynkach są już tylko częścią odległej historii, a kobiety cieszą się równymi placami! Nic bardziej mylnego, wypada dodać, na wypadek jakby ktoś z czytelniczek bądź czytelników miał jeszcze wątpliwości.

A jednak 7 lat temu, czyli jakieś 2–3 dekady od początku tych zażartych debat medialnych, kiedy robiłam wywiady z kobietami do mojego licencjatu na temat feminizmu, większość moich rozmówczyń zdawała się podzielać przekonania powyższych dziennikarzy. Dlaczego – pytałam – głęboko zadziwiona i zaintrygowana. Odpowiedzi były rożne, ale ta, której nie zapomnę nigdy, była mniej więcej taka, ze żal jej mężczyzn, bo przecież ci już nie wiedzą w dzisiejszych czasach czy otwierać kobietom drzwi, czy nie! Oj, żal naprawdę… Kobiety nadal mają średnio płacone 80% tego co mężczyźni, w Anglii kolejny sąd niedawno uznał, że wymuszanie na nas noszenia obcasów do pracy nie jest bezprawiem, a polskie macice są nadal w prawie własnością stanu, pomimo walki którą, jeżeli wierzyć międzynarodowym mediom, wygrały w zeszłym roku Dziewuchy. A jednak żałować musimy przede wszystkim mężczyzn, bo ci nie wiedzą już czy otwierać przed nami drzwi czy nie! O, ojcze patriarchacie, jak dobrze nas wychowałeś!

Kobiety nadal mają średnio płacone 80% tego co mężczyźni

Gender pay gap levels, Eurostat

Backlash tak głęboko wsiąkł w kulturę XXI wieku, że kobiety nie tylko w Polsce (mój licencjat pisałam w Londynie, a rozmowy prowadziłam nie tylko z Polkami, lecz także z Angielkami), ale i na całym świecie często boją się nie tylko nazwać się feministkami, ale stają otwarcie przeciwko feminizmowi. Dodajmy, że niestety, często nie znając najwyraźniej jego założeń.

Żyjemy w kulturze backlashu antyfeministycznego. Na szczęście feminizm znowu się budzi. Widziałyśmy to wyraźnie w październiku 2016-go roku, kiedy tysiące – według niektórych żrodeł nawet miliony – polskich kobiet wyszło na ulice w dzień strajku. I znowu w marcu 2017-go roku, kiedy zainspirowane naszym październikiem kobiety na całym świecie uczestniczyły w międzynarodowym strajku.

Nowa fala, jak zawsze w dziejach historii, znowu tworzy reakcję. Antyfeministyczny backlash jest z nami jeszcze raz. Oczywiście, w trochę „odświeżonym” wydaniu. Szczególnie specyficznym w przypadku polskim. Polski backlash jest w pewnym stopniu importem z Zachodu – po otwarciu Polski na resztę Europy w 1989, trafił do nas przez światowe media wraz z feministycznymi ideami, jak pisze Graff we wstępie do polskiej wersji Backlashu Faludi. Do tego polscy politycy i media dodali szczyptę typowo polskiej kulturowej specyfiki – po ’89-tym feminizm stał się w Polsce synonimem komunizmu, z racji tego że feministki broniły dostępu do aborcji. Do tego, trzeba dodać, że polska prawica uważa, że feminizm jest jednym z przejawów postępującego ‘moralnego rozkładu’ na Zachodzie.  W 2012-tym, na przykład, polski Minister Sprawiedliwości sprzeciwiał się ratyfikacji Konwencji Stambulskiej[1] na podstawie jego opnii, że promuje ona genderowe idee…

Aktualnie, mimo ponad dekady w Unii Europejskiej, specyfika polskiego feminizmu, a co za tym idzie antyfeministycznego backlashu, jest nadal w pewnym sensie niezmiernie odległa od reszty Europy. Nie do pomyślenia byłoby na przykład w większości Unii w 21-szym wieku, mówienie o kobietach walczących o swoje prawa reprodukcyjne, że są prostytutkami. Ale tak właśnie mówił o nas w zeszłym roku lubelski radny, Grzegorz Szwed! Albo, żeby zmyślać statystyki starając się wywołać panikę społeczną wokół nieistniejących nadużyć tabletki ‘po’ w naszym pięknym kraju. A dokładnie to aktualnie robi polskie Ministerstwo Zdrowia…

Pocieszający jest fakt, że za każdym razem, przy każdej fali feminizmu, kiedy backlash pokazuje swoje oblicze, jest on coraz bardziej nielogiczny i szokujący dla społeczeństwa. Nikt już nie przyjmuje na spokojnie słów posła, który popiera gwałt jako rozwiązanie problemu niskiej liczebności urodzeń w Polsce. Albo europosła, który twierdzi, że kobiety POWINNY zarabiać mniej, bo są mniejsze! Sto lat temu, kiedy sufrażystki walczyły o prawo do głosu, przemyślenia tego typu mizoginów były drukowane w popularnych gazetach in na plakatach. Jest to jakiś postęp. Powolny, ale jest. Feminizm zmienia społeczeństwo, czy ma ono tego świadomość, czy nie. A backlash? Jest z czasem coraz bardziej nieporadny, wręcz dziwacznym. Staje się powoli parodią patriarchatu. Miota się często w swojej własnej głupocie. I jest to świadectwem, nieuniknionego moim zdaniem, postępu myśli feministycznej w świadomości społecznej.

[1] Konwencja Stambulska – antyprzemocowa. Szczegóły na temat: https://edoc.coe.int/en/violence-against-women/6625-bezpieczni-od-strachu-konwencja-stambulska.html